Zieleniow.pl
gdzie dom twój
Warownia wołyńskich sierot

Każdego dnia tu, w Pieskowej Skale w oczach miały pytanie o matkę czy ojca.

ANNA SZCZUCKA
 
W maju, czerwcu, w okresie wakacyjnym, Pieskowa Skała zwykle przeżywa oblężenie turystów, szczególnie młodzieży szkolnej, dla której podkrakowska warownia Szafrańców jest fascynującą pamiątką rycerskich czasów. Mało kto wie, że zimą na początku 1944 roku dla innych dzieci, rozbitków wołyńskich, dzieci uratowanych z pogromów ludności polskiej, zamek stał się kresem koszmarnej podróży. Stał się domem, chociaż bez rodziców.
Zamek wyglądał inaczej. Krużganki zabudowane, z niewielkimi oknami. Studnia w kamienicy czynszowej. Przez powybijane szyby wiatr wdzierał się do środka i hulał po korytarzach. Odosobniony, świetnie podpiwniczony i obwarowany, obiekt nadawałby się dla Niemców. Stąd chyba pomysł właścicieli (spółki akcyjnej), by oddać część na potrzeby domu dziecka. Odgrodzone od wojny miejsce i cudownie życzliwi opiekunowie, którzy na ten czas wzięli przymusowe nienaukowe urlopy ze swych uczelni - Anna Kutrzeba-Pojnarowa (córka historyka prof. Stanisława Kutrzeby), Jadwiga Klimaszewska, później obie panie profesor, ale wówczas młode asystentki etnografii, także profesorostwo Ingardenowie. Żona prof. Romana Ingardena pełniła obowiązki lekarza sierocińca, a sam profesor stukał po nocach na maszynie, a we dnie starał się być użyteczny.

warownia wołyńskich sierot
 
Prof. Jadwiga Klimaszewska (w środku) pośród personelu.

Prof. Jadwigę Klimaszewską, późniejszą kierowniczkę Katedry Etnografii Słowian UJ, wybuch wojny zastał na Śląsku. Jako asystentka prof. Kazimierza Moszyńskiego na Uniwersytecie Stefana Batorego w Wilnie, w sierpniu brała udział w badaniach terenowych. Choć lato było piękne - wojna wisiała w powietrzu.
- Miałam wspaniałą informatorkę, osiemdziesięcioletnią staruszkę - wspomina pani profesor, pamiętająca dwie światowe wojny. Pierwszą może nawet boleśniej, gdyż wtedy zginął ojciec, żołnierz ck armii. - Ta staruszka mówiła: "Paniczko wiedzą, jak wojna wybuchnie, to ja pójdę do szpitala i od uroków będę leczyć".
Już wkrótce młoda etnografka i harcerka, odłożyła notatki terenowe i chociaż mocy ziół nie znała - chciała być użyteczną. Do Wilna, do swojego profesora, napisała tylko, że tu zostaje. Z plecakiem, w którym jedna letnia sukienka i jedyne zapamiętane Wilno. Garderobę później dostarczyła siostra. Wileńskich wspomnień musiało wystarczyć na następnych 50 lat.
- Najpierw były warsztaty dla dziewcząt, żeby uchronić je przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec - wspomina pani profesor początki współpracy z krakowską Radą Główną Opiekuńczą. Pani Kutrzebianka (prof. Anna Kutrzeba-Pojnarowa) zaproponowała pomoc przy prowadzeniu warsztatów. - Dziewczęta robiły takie huculskie "sznuraki", buty z podeszwą plecioną ze sznurków.

Etnografia w działaniu. Wileńska asystentka zajęła się najbardziej materialną stroną przedsięwzięcia. Po przyspieszonym kursie buchalterii, czyli wyjaśnieniu różnicy pomiędzy rubrykami "winien" i "ma". Umiejętność przydała się wkrótce w prowadzeniu zaopatrzenia dla domu dziecka (właściwie sanatorium dziecięcego) w Rymanowie, wreszcie - do kierowania całym takim gospodarstwem w Pieskowej Skale.

Z dziennika:
5. 02. 1944
O 11 tej przyjeżdża autem p. Mazurkiewicz, dr. Schmydt i przywożą 26 dzieci. Wracają o 2 giej.
O 15 tej przyjeżdża auto ze szkłem i rzeczami.
O 6 tej wieczór auto z 32 dziećmi. Auto ma wrócić jeszcze do Krakowa...

- Nie wiem, dlaczego zaczęłam prowadzić te zapiski - po latach prof. Klimaszewska wydaje się być dosyć bezradna wobec własnych decyzji, niegdyś po prostu oczywistych. Była w tym może podświadoma, niewypowiedziana pewność, że życie i tak okaże się trwalsze od pamięci i ono kiedyś upomni się o świadectwo. Może była to zwyczajna skrupulatność naukowca. Może to pisanie było potrzebne, by nie myśleć, a niemyślenie - by nie oszaleć.
- Co te dzieciaki przeżyły! One po nocach zrywały się z krzykiem, z płaczem. Każdego dnia tu, w Pieskowej Skale w oczach miały pytanie o matkę czy ojca.
Czasami, przyznaje pani profesor, był kłopot - wymykały się poza mury, do Krakowa, by szukać. Mimo że ostrzegała: "Słuchajcie, powrotu nie ma". Inne wiedziały, tylko były zbyt małe, by zrozumieć, dlaczego. Dlaczego rano, gdy zbudziły się, nogi rodziców były zimne, a łóżko pełne krwi. Dlaczego udało się przeżyć, gdy w środku dnia (chłopiec właśnie wypasał krowy powyżej wsi) ukraińscy sąsiedzi podpalili wieś i zabijali. Czy tylko dlatego, że zdołał schować się w stogu siana, którego akurat nie chciało im się nakłuć bagnetem?

Przedstawiciele RGO jeździli po wołyńskich wsiach i miasteczkach i dzieci zbierali, z Równego, Tarnopola, Stryja czy Stanisławowa. Te sieroty potrzebowały domu, bo przecież wojna dorosłych kiedyś miała skończyć się, i to one miały od nowa świat porządkować. Oprócz szkoły życia, którą miały za sobą, potrzebowały zwyczajnej nauki pisania, czytania, rachunków, a starsi - jakiegoś zawodu. I to zostało dla nich stworzone. Z Kresów trafiły do Krakowa, a z Krakowa - do Pieskowej Skały. Nie były rozdzielane od siebie podług płci i wieku. Rodzeństwo zostawało razem (to po latach pomogło nie zagubić się w świecie, do dzisiaj utrzymują kontakt ze swoją opiekunką - "mamą"). Starsi bracia opiekowali się młodszymi, dziewczęta chłopcami. A nimi wszystkimi - nieliczny personel kierowany przez Jadwigę Klimaszewską.

Z dziennika:
8. 02.
Od dziś na górze sama tylko z Zabłocką. Zobaczymy. Rano okazuje się brak drewna. P. Tkacz zupełnie się tym nie przejmuje. Wybiera się do Ojcowa po trociny, których pp [prawdopodobnie] nie ma. Okazuje się też, że brak węgla. (...)
Śniadanie: biała kawa, chleb z masłem. Obiad o 1.30, krupnik przypalony, ziemniaki z wątpliwym sosem. Podwieczorek o 5 tej - lactocao [napój w proszku z pomocy zagranicznej], chleb z marmoladą. Kolacja dobrze o 7 mej: znów zupa z obiadu, do której trochę makaronu dodano....
9. 02.
... Koło 12 tej zgłasza gospodyni, że brak węgla i nie ma przy czem obiadu dokończyć....
Dzieci głodne, chłopcy mówią o wyjeździe do Krakowa, bo głodni.
Na śniadanie dostali po 1 kromce chleba, bo chleba zabrakło, a zapewniała mnie gospodyni, że do czwartku wystarczy.... Cudownie zgodziłyby się z p. Baranowską [kierowniczką domu dziecka w Rymanowie, której prof. Klimaszewska nie wspomina najlepiej]. Ciągle się jej zdaje, że zbyt dużo dajemy dzieciom chleba, żal jej jaj dla dzieci. Czuje się ciągle jej wewnętrzny bierny opór, jej niechęć...

Okrutny papier, wszystko zapamiętał. W prywatnej dokumentacji wojennego domu dziecka w Pieskowej Skale dwa zwyczajne zeszyty w twardej oprawie. W jednym osobiste zapiski dzień po dniu na własny użytek; w drugim tabelki i sama statystyka - do wglądu zwierzchnikom i ewentualnie Niemcom mającym cały czas ośrodek na oku. Ile dzieci przybyło, skąd, w jakim wieku, ile ubyło. Te wpisywane liczby też mają swe zakonspirowane, zindywidualizowane losy:
"Poz. 297: Niewiadomski Zygmunt, przybył 1.08.1944 roku, lat 4, urodzony w Rawie Ruskiej". Tyle z ryzykownej gry, w której stawką było życie żydowskiego dziecka i uczestniczek "układu" - kierowniczki, pielęgniarki, lekarki, może jeszcze innych osób, może istnienie sierocińca.
- W Krakowie w RGO byli bezradni. Wszyscy odmawiali, ze względu na bezpieczeństwo polskich dzieci. Zaproponowali mi wzięcie chłopca. Miał jedynie karteczkę, z wypisaną po polsku prośbą o pomoc i niewinną twarzyczkę z wypisaną "winą" urodzenia. Do tego ewidentne ślady żydowskiej inicjacji. - Ponieważ tu nie chodziło tylko o moje życie, dlatego dopiero po naradzie w Pieskowej Skale z Szulczyńską (pielęgniarką), z Ingardenową (lekarką), z Januszkową (wychowawczynią) zgodziłam się dziecko wziąć. Tak przybył "Niewiadomski Zygmunt". Tylko jak policjant ze Skały przychodził z wizytą, "Zygmusia" trzeba było odciągać na bok, by nie rzucał się w oczy.

Chłopiec doczekał wyzwolenia w Pieskowej Skale, a zaraz w lutym zjawił się mężczyzna, w palcie z futrzanym kołnierzem, elegancki, i spytał o syna. Żona czekała pod zamkiem, na wypadek, gdyby informacja o dziecku nie była prawdziwa. Ale była. "Zygmuś" naprawdę nazywał się Szykman. Ojciec przed wojną pracował jako księgowy w Sieniawie koło Jarosławia. Oboje z żoną uciekli przez zieloną granicę, a chłopca zostawili pod opieką miejscowym ludziom. Teraz wrócili. Szykman vel Wilczek (bo takie nazwisko przyjął w czasie okupacji) dziękował za uratowanie syna, wyciągnął portfel i chciał płacić, ale na ile wycenić życie dziecka, życie tych, którzy ryzykowali? Kierowniczka Klimaszewska odmówiła. Zaproponowała wspomożenie krakowskiej RGO. Nigdy jednak nie zjawił się tam.
- Wiosną wzięłam dzieci na wycieczkę do Krakowa. Poszliśmy pod zostawiony adres. Niech chociaż lody dzieciom postawi, pomyślałam. Ale nikt już tam nie mieszkał. Podobno wyjechali do Izraela albo do Ameryki.

Z dziennika:
13. 02. niedziela
dzieci wszystkie kaszlą, węgla nie ma. W pokojach od dwóch dni nie palone...
1.04. sobota (prawdopodobnie święta Wielkanocne)
Telefon do Krakowa o księdza. Nie łączą.
Rozdanie dzieciom chusteczek - ogromna radość.
... Przyszli ofiarodawcy ze Skały. Przywieźli razem 24 kg mąki pszennej, 1 kg cukru, 1 kg kawy i spodenki. Chcą dziecko na wychowanie.

Bez życzliwości okolicznej ludności nie dałoby się długo przeżyć. Pomagali ze dworów w Tarnawie, Minodze, Sąspowie. Pomagała prosta ludność wiejska. Zdarzały się historie nietypowe. Pewnego razu chłopi sami zaczęli przynosić po woreczku kaszy lub mąki, prosząc jednak o pokwitowanie odbioru. Po kilku dniach dopiero przybył na zamek "granatowy" ze Skały i sprawa wyjaśniła się. Posterunkowy wykrył nielegalny młyn, zamiast zlikwidować i ukarać winnych - nakazał zaopatrzenie sierot na zamku.
Inna opowieść: o tym, jak sołtys Zaborowski z Sułoszowej pomógł zatrudnić miejscowe kobiety przy szyciu ubrań dla sierot. Zapowiedział, że jeżeli nie zgłoszą się na zamek, będzie zmuszony zapisać je na roboty do Niemiec. Więc przyszły. Pomogły uszyć nowe sukieneczki i mundurki dla dzieci przystępujących do I komunii (w archiwum prywatnym zdjęcia z tej uroczystości, chłopcy fotografowani kolejno w tym samym ubraniu - materiału nie wystarczyło dla wszystkich).
Taka to była codzienność zamkowego domu dziecka, z codzienną troską o jutro. Prawdziwy niepokój pojawił się gdzieś w sierpniu, gdy doszły pod Kraków echa powstania warszawskiego. Do powstania poszły dzieci z warszawskich rodzin mieszkających na zamku (współwłaścicieli spółki zarządzającej pensjonatem Pieskowa Skała przed wojną). Starsi podopieczni z sierocińca też rwali się do walki. Trzeba było wzmocnić czujność.

Z dziennika:
5. 08.
Rano wojsko [niemieckie] z ambulansu Sanit. po łóżka i koce. Nic nie dałam
Dziennik - świadek ostatnich okupacyjnych dni. Najpierw tylko rozkład niemieckiego porządku: 13. 01, W nocy zabrano 3 świnie z Zamku. Potem oznaki prawdziwej wojny: 14.01, niedziela; Przed południem słychać artylerię. 15.01. Do Zamku rano 300 Kałmuków. Zajmują całe I p.... I cała trwoga w dwóch słowach: dziewczynki zamknięte.
Dziennik - świadek upadku imperium, świadek narodzin imperium:
6. 01: Wieczór wzięta Skała. 3 godz. walka. W Zamku Kałmucy o 4 tej na gwałt się pakują i wyjeżdżają. Wieczór przychodzą bolszewicy.

Następnego dnia jeszcze jedna wyprawa do Krakowa. Powrót piechotą, pod obstrzałem frontowym, z plecakiem pełnym pończoch dla dzieci - trzeba było je ubrać na wypadek ewakuacji. Myśl o rzeczach praktycznych zagłuszała strach o dzieci pozostawione "pod komendą" prof. Ingardena, którego wcale nie chciały słuchać, i zagłuszała rozpacz, gdy w jej ramionach umierała niewiele młodsza dziewczyna, raniona w tym ostatnim boju, kulą na pewno nie do niej skierowaną. Wracała z powstania.
Kraków wyzwolony, Skała wyzwolona, dla dzieci na zamku koniec wojny... i ostatni wojenny zapis:
30. 01: Ciężko. Magazyn żywnościowy wojsko zajęło...
 

Po wojnie sierociniec w Pieskowej Skale został zlikwidowany. Dzieci wymagające jeszcze opieki przeniesiono do domów w Koźminie i Czerniejewie w Wielkopolsce. Podopieczni prof. Jadwigi Klimaszewskiej stopniowo wyrastali z dzieciństwa. Po trzech latach jeden z nich napisał: "Otrzymałem od Pani paczkę, w której była bielizna i ubrania za które serdecznie dziękuję. Ubranie to jest trochę za krótkie jak i spodnie tak i marynarka, spodnie o jakieś 10 cm, a marynarka 5 cm"...
Przez pięćdziesiąt lat zdążyli zestarzeć się, ale na pewno pamiętają.

07.08.1999
 

 
Zieleniów
Stanisławów i dalej
Warownia wołyńskich sierot
WstępEsejeMapkiZdjęciaOdzew