Udostępnij

 

Zieleniów

Mam napisać wspomnienia z rodzinnej wsi, z tego co zostało mi w pamięci, na prośbę siostrzeńca Janusza. Wspomnienia te nie mogą być podparte jakimkolwiek dokumentem bądź zdjęciem, bo ich po prostu nie mam. Będą one tylko tym co zostało w pamięci z lat i wrażliwości dziecięcej, a niektóre chwile pozostaną już razem ze mną do końca.

Zieleniów  to wieś na kresach południowo-wschodnich, w województwie stanisławowskim, powiat Rohatyn (gm. Łopuszna). Położona w kotlinie, otoczona z trzech stron wzniesieniami, opadającymi łagodnie ku dolinie. Posiadłość rodziców położona była jak gdyby pośrodku tej doliny. Zabudowania były nowe i składały się z domu mieszkalnego krytego czerwoną dachówką, obory i stajni z pomieszczeniem na siano na górze z jednego końca, które było podpiwniczone oraz ze stodoły. Powiedziałem - dom kryty dachówką, ponieważ z domów krytych materiałami trwałymi pamiętam tylko nasz oraz Hołotów i Kupczaka krytych blachą. Reszta to strzechy.
 
Kliknij aby powiększyć
Domostwo Lachów. Obrazek namalowany po wojnie przez Andrzeja Kiełbasę, niedawno odnaleziony.
 
Rodzice zajmowali gospodarstwo rolne o powierzchni 8 mórg (około 4-5 ha). Ojciec ponadto zajmował się i innymi zawodami. Prowadził stolarnię,  wiem to z opowiadań starszych, podobno prowadził również sklep. Życie na wsi, jak to w tamtych czasach bywało, nie było łatwe. Żadnej mechanizacji. Siła pociągowa – koń, którego nie każdy posiadał. Urządzenia do uprawy to pług, brony, kierat, sieczkarnia i przysłowiowa kosa, sierp i motyka. Kto tylko był w rodzinie, musiał pracować w gospodarstwie. A praca nie była łatwa, oj nie łatwa. Dzieci jak tylko mocniej stanęły na nogach, już musiały pasać gąski, później krówki, zbierać kłóska na ściernisku i to na boso ! U nas wspomniane urządzenia i siła pociągowa były. Koń był jeden, ile bydła – nie pamiętam, ale chyba dwie krowy, trzoda i drób.
 
Ziemię orną mieliśmy w trzech miejscach. Jedną część stanowił spory ogród położony za stodołą i sięgał za nią do następnych zabudowań, a za oborą dochodził do podnóża wzniesienia obok Kupczaków i do tzw. górnej drogi (patrz szkic). Druga część na płaskowyżu, na wzniesieniu za Kupczakami, trzecia część i kawałek lasu za siedzibą Hołotów, do którego prowadziła głęboka droga, biegnąca u podnóża wzniesienia. Droga ta w kierunku północnym prowadziła na Podwysokie i Łopusznę. Od tej drogi prowadziła odnoga do siedziby Koźlików.
 
Siedziba Koźlików położona była u południowego stoku wzniesienia, gdzie obok wybijało źródło wody z opoki, która wąskim strumykiem płynęła prosto do naszego zasiedlenia i stanowiła nasze zaopatrzenie w wodę. Woda pobierana była z zagłębienia ocembrowanego a przepływ płynął dalej i znikał gdzieś za ogrodem. Po drodze, źródło zaopatrzenia w wodę stanowił jeszcze wykopany staw, obok naszego domu. Jak w późniejszym czasie się dowiedziałem, staw ten został wykopany na zlecenie władz radzieckich, przed 1941 r. i miał służyć jako basen p.poż. Czemu miał służyć, to nie było jeszcze dla mnie widome, ale w nim się kąpałem, pływałem, a ludzie moczyli len i konopie.
 
Obok naszych zabudowań przebiegała droga, która prowadziła od Kupczaków i obok naszych zabudowań wchodziła do głębokiej drogi. Droga ta, jak zaznaczyłem wyżej, biegła u podnóża wzniesienia i prowadziła w kierunku Łopusznej i zabudowań Hołoty. Droga ta to głęboki rów – parów nieutwardzony, o podłożu wapienno – gliniastym, co stwarzało wiele problemów. W czasie suszy brnęło się w puchu, a w okresie deszczowym grzęzło się w błocie, czasem była nie do poruszania się. Z naszego obejścia w stronę Koźlików i wzniesienia skąd wypływała woda, była wolna przestrzeń, jak gdyby łąka, żadnych upraw nie pamiętam, ale doskonale pamiętam, że było to miejsce bielenia płótna wzdłuż strumyka. Płótno tkano przez jesień i zimę, a wiosna bielono. Obejście Koźlików było w niewielkiej odległości od nas i było doskonale widoczne, natomiast obejście Hołotów znikało za zakrętem, i nie było widoczne z naszego obejścia.
 
Życie na wsi – jak to na wsi, przebiegało rytmem kalendarza. Niektóre momenty prac rolnych były wprzęgnięte w życie mieszkańców wsi, i wiele tych prac wykonywanych było we wspólnym działaniu i wspólnym towarzystwie. Ci, którzy mieli konia, a szczególnie jednego, to szukali wspólnika i „sprzęgali” się aby mieć większa siłę pociągową. W taki sposób głównie robiono orkę, zwózkę zboża czy ziemiopłodów. Siew wykonywano ręcznie z płachty. Żniwa wykonywano ręcznie – kosą i sierpem. Zboże wiązano w snopy, układano w kupki w rzędach, a następnie wożono do stodoły, gdzie czekało na młockę. Młócono dwoma sposobami. Była - nie wiem u ilu gospodarzy - młocarnia nazywana bębnowa, napędzana kieratem, bądź siłą ludzką. Ludzka siła to ośmiu mężczyzn uczepionych do korb na kołach po obu stronach maszyny, i poruszająca w ten sposób młocarnię. Ciężka to była praca oj ciężka. Ludzie ci dość często musieli robić odpoczynek, a jeśli była wystarczająca ilość mężczyzn – to i robiono zmiany. Niewiele lżejszą pracę i los miały konie przy kieracie, które chodząc w kółko napędzały kierat, a ten z kolei maszynę. Tak wymłócone zboże czekało na wialnię poruszaną wyłącznie ręcznie i doprowadzane było do czystości. Młocka to była najcięższa praca w gospodarstwie. Wymagała wielu ludzi i dlatego dobierano do tej pracy kilka gospodarstw i razem z maszyną przechodzono od jednego gospodarza do drugiego, aż do zakończenia omłotów.
 
Drugi sposób omłotów to cepy, ale to już wykonywał każdy we własnym zakresie, i wiadomo przez dłuższy czas – jesień, a nawet zimą. Wspólna młocka kończyła się zawsze poczęstunkiem i ludzie pomimo potwornego zmęczenia zdobywali się na żarty i śpiew. Towarzysko odbywały się inne prace, jak darcie pierza, przędzenie lnu i konopii, czy terebienie kukurydzy. Terebieniem nazywano obdzieranie kolb kukurydzy z osłonek i plecenie wianków z kukurydzy, które zawieszane były w stodole do przeschnięcia ziarn i przechowania. W pomieszczeniach – w izbach, gdzie odbywały się te prace, zawsze gromadziła się młodzież, chłopcy i dziewczęta i oczywiście żartów, zabaw i dowcipów było wiele, ale nade wszystko śpiew.

Moje dzieciństwo i życie w Zieleniowie przypadało na okres trochę wolnej Polski, do 1939 r. następnie okupacja sowiecka do 1941 r. i niemiecka plus Ukraińcy spod znaku UPA. Wejścia i okupacji sowieckiej bezpośrednio nie pamiętam, byłem za młody, wszak urodziłem się 8.06.1935 r. – a zatem miałem zaledwie cztery lata jak wybuchła wojna. Pamiętam natomiast wejście Niemców w 1941 r. Do wioski wjechali na motorach, pistolety maszynowe przewieszone przez szyję, rękawy podwinięte i wyglądali bardzo butni. Wcześniej na niebie pojawiło się mnóstwo samolotów, a ryk ich motorów wywoływał panikę i chowaliśmy się po różnych zagłębieniach, a tu na podwórku dobijano krowę, która uległa wzdęciu, i to dla mnie było dodatkowym strachem i przerażeniem. Ten widok stoi mi przed oczyma do dziś. Ukraińców pamiętam doskonale i pamiętać będę do końca mych dni, bo tego zapomnieć po prostu się nie da. Ale o tym nieco dalej.
 
Rodzeństwa było nas sześcioro, pięciu chłopców i jedna dziewczyna o imieniu Zosia -bardzo przez nas lubiana, ale ja podobno lubiłem jej dokuczać i psuć wszystkie posiadane zabawki. Nawet kupione laleczki, czasami wymuszałem aby mi je dano, a ja za młotek, laleczkę na pieniek i po główce – tak podobno robiłem, bo o tym dość często mi przypominano. No cóż, jeżeli to prawda Zosiu kochana, przyjm przeprosiny nawet tam w górze. Pozostałe rodzeństwo to według wieku: Michał, Zygmunt, Mietek, Zosia, Antek i Adaś. Podobno był jeszcze najmłodszy Bartek, ale niestety zmarł. To wiem z relacji starszych. Ojca nie bardzo pamiętam, ale dwie scenki z życia z ojcem stoją mi przed oczyma. Jedna to kiedy ojciec zabrał mnie z sobą do Brzeżan, na jakiś odpust, a kiedy oprowadzał mnie po straganach, to mu się kilka razy wymykałem, a kiedy w końcu zostałem uchwycony i posadowiony na wozie, w drodze powrotnej to otrzymałem odpowiednia reprymendę słowną, no i oczywiście przez kolano. Druga scenka, kiedy to ojciec posadził mnie na kolanach, coś do mnie mówiąc zdjął z pleców zawiązany węzełek, wyjął pieczonego ziemniaka i dał mi go do zjedzenia. Oj jaki był smaczny. Dzisiaj wiem, że było to ostatnie pożegnanie z ojcem. Ponieważ odchodził na mobilizację do wojska, z którego już żywy nie wrócił. Zabili go Ukraińcy i nie tylko jego. Ojciec wracał z grupą innych żołnierzy już zdemobilizowanych i niedaleko Zieleniowa zostali schwytani przez upowców i w okrutny sposób zamordowani. To wiem od starszych, głównie od Andrzeja Kiełbasy, który często mi mówił „ oj Antośku nie masz ty już taty, zabili ci go banderowcy, my wiemy kto to zrobił” [Wojciech Lach stawił się na mobilizację do Rohatyna, ale tam już punkt mobilizacyjny nie działał. Pojechał zatem do Brzeżan i tam został wcielony do jednostki ochraniającej transporty kolejowe z zaopatrzeniem. Często przejeżdżał przez Podwysokie, ale nigdy nie udało mu się zajrzeć do domu. Ostatni list rodzina otrzymała z miejscowości Litiatyn, poprzez innego żołnierza. Jak mówi rodzinny przekaz - wracając do domu podemobilizacji został pochwycony na krańcu wsi i zamordowany przez Ukraińca o nazwisku Hołubiec - przyp. J.O].
 
Tak zostaliśmy sami z matką na gospodarstwie w Zieleniowie. Życie płynęło swoim rytmem, opisanym wyżej, aż nadszedł rok 1943 – rok okrutny i straszny. Chciałoby się rzec – oj roku 1943, kto cię widział. Najpierw głód. Niemcy ze swoja skrupulatnością na wiosnę, na przednówku realizowali swój program poboru kontygentów. Wymiatali z gospodarstw wszystko, co się nadawało do jedzenia, a ludności nie zostało nic. W taki oto sposób wprowadzili głód  na Podolu, to i oczywiście dotknęło to nasza wioskę i rodzinę. Nie było innej rady jak tylko spożywać zielone rośliny, jak pokrzywa i lebioda, bo te są najbardziej do przyjęcia, a kiedy one się skończyły, zaczęto spożywać wszystko to co było pod ręką, a właściwie pod buzią. Pamiętam z wielką wyrazistością te chwile, kiedy żołądek niemiłosiernie ssał, a tu nic. Zacząłem puchnąć. Kiedy próbowano mi wciskać liście podbiału to mimo, że już puchłem z głodu, odrzucało mnie to, zapach i swoisty smak tego ziela powodował mi torsje, ale czym ? Powodowało to tylko dodatkowe cierpienie. U ciotki Kiełbaski zaczęły dojrzewać czereśnie zwane trześniami. Pamiętam, brat Mietek zanosił mnie tam bo już nie chodziłem, a Tadzio Kiełbasa rwał bardziej dojrzałe i karmili mnie nimi jak ptaszka. Zacząłem dochodzić pomału do siebie. Po jakimś czasie musiałem przechodzić męki spowodowane jedzeniem czereśni – opróżnianie się. W tym pomagał mi brat Michał, pomagając patyczkiem. Dzisiaj wiem czemu tak się dzieje w organizmie, po przeczytaniu „Inny świat” Grudzińskiego. Taki stan głodu w rodzinie dotknął tylko mnie. Po czereśniach zaczęły powoli dochodzić zboża, warzywa i głód powoli zanikał.
 
Głód powoli zanikał, a na horyzoncie pojawiać się i pomrukiwać zaczynała inna zaraza – pogromy ukraińskich banderowców, bo taką nazwę powszechnie się słyszało. Początkowo były to tylko słowne wiadomości, wreszcie zaczęto dostrzegać wieczorami łuny pożarów i strzały. Pamiętam jak wspominano o okrutnej rzezi Polaków w Podhajcach. Wreszcie rzeczywistość ta wkroczyła i do naszej wsi. Został zamordowany kuzyn Józef Orlicki. Zaczęliśmy się ukrywać, szczególnie na noc. Latem i wczesną jesienią chowano się różnie po polach, wszelkich zakamarkach gospodarczych, po piwnicach. Pamiętam nocne przebywanie w piwnicy z ziemniakami, po wyjściu z której nie można było w ogóle chodzić, zawroty głowy, przewracanie się. Trzeba było zrezygnować z tej kryjówki. Podobno ziemniaki wydzielają jakąś substancję, która takie objawy powoduje. Kiedy nadeszły chłodniejsze dni i zima, trzeba było zmienić formę ukrywania się. Pamiętam, że zaczęto organizować wspólne przechowywanie się, a raczej ochronę. Polegało to na tym, że w wybranych domach nocowały kobiety z dziećmi, a mężczyźni i starsza młodzież czuwała nad ich bezpieczeństwem i miała ich bronić w razie ukraińskiego napadu. Bronić – brzmi dumnie, bronić – ale czym ? Nie pamiętam aby na wsi ktokolwiek miał broń palną, jedynie u Wilczków pamiętam strzelbę myśliwską. Widziałem natomiast szable no i oczywiście odpowiednio dostosowane narzędzia gospodarcze, przede wszystkim widły. Bardzo wyraźnie pamiętam takie jedno wspólne przebywanie u ciotki Natalki Kiełbasy.
 
Jest to dla mnie nie w pełni zrozumiałe, że mimo zgrozy jaka panuje wokoło, ludzie znajdują czas i chęć na szukanie uciechy (a może ucieczki) w alkoholu – bimbru ! Tak było u Ciotki, a ponieważ byłem może nad wiek dość silnym, więc poproszono mnie abym obsługiwał cała maszynę bimbrowniczą. Wydano odpowiednie instrukcje: Antośku, to się miesza tak, ogień musi się palić aby brocha odpowiednio parowała, tu się podkłada butelki, pierwsze krople trzeba na łyżce zapalić, itp. itd. Antosik to wszystko skrupulatnie robił, ale zaczął i próbować i … budzi się, nie wie zrazu gdzie jest. Po jakimś czasie orientuje się, że jest pod łóżkiem w słomie, potwornie zimno, drzwi do sieni i na dwór skrzypią, na wołanie mamo, mamo nikt się nie odzywa, w oknie widzę jakąś głowę w baranicy, nikt inny tylko banderowiec, zgroza. W końcu jednak wychodzę spod tego łóżka, wychodzę na dwór, śnieg zdeptany, czarny od sadzy. Patrzę obok, sąsiedzi spaleni, tzn. stodoła, obora, dom. Od razu strach i przerażenie jak zobaczyłem kilka łusek karabinowych i wtedy zacząłem głośno płakać i wołać: mamo, mamo i innych po imieniu i ku mojej wielkiej radości zaczęli pojawiać się swoi z kryjówek jakie znaleźli. Był to napad Ukraińców na Zieleniów. Jak słyszałem z ust starszych, mieliśmy wiele szczęścia w tym nieszczęściu, ponieważ Ukraińcy zauważyli duży oddział partyzantki radzieckiej, przemieszczający się wzgórzami i szybko się z Zieleniowa wycofali po spaleniu kilku obejść, nie zdążając zająć się krwawą robotą.
 
Po tym zdarzeniu praktycznie przestaliśmy nocować w wiosce, a nocowaliśmy na stacji kolejowej Podwysokie, oddalonej o 3 – 4 km, dokładnie nie wiem. Stacja ta była bezpiecznym schronieniem ponieważ stacjonowało tam wojsko niemieckie i nasi Madziarzy – Węgrzy. Było to dość ciężkie chodzenie tam i z powrotem na co dzień. I z tym chodzeniem też mam ciężkie wspomnienie. Któregoś ranka mama wzięła Michasia i mówi do nas, że pójdą do wsi zobaczyć co z gospodarstwem, dadzą jeść inwentarzowi i wrócą po nas. Dość długo nie wracali, to Mietek, Czesiek Orlicki mówią, że pójdą za nimi i że ktoś po nas wróci. Znowu jakiś czas nikt nie wraca i w końcu Zosia, ja i Adaś – i my idziemy do Zieleniowa. Bohaterowie z bożej łaski. Zima, śnieg po pachy, Adaś najmłodszy – 5 lat iść nie może. Biedna Zosia bierze go na plecy, też ustaje. Chcę Jej w tym pomóc, lecz za długo nie mam sił i tak ciągniemy się do tego Zieleniowa, nie wiedząc już ze zmęczenia i zmarznięcia gdzie jesteśmy. Okazało się, że dobrnęliśmy na skraj Zieleniowa i zauważyła nas jedna z dziewcząt Kupczaka, która po wyjściu za mąż tam mieszkała. Przygarnęła nas do siebie i troskliwie się nami zajęła. Okazało się, że aż za troskliwie. Akurat gotowała ziemniaki i chcąc nas rozgrzać – rozgrzewała tymi ziemniakami. Sprawiło to nam przeogromny ból, a szczególnie u palców pod paznokciami. Ale chciała jak najlepiej i Bóg jej za to zapłać !
 
Na terenach wschodnich działała RGO – Rada Główna Opiekuńcza, która głównie zajmowała się opieką poszkodowanych. Dzięki działalności tej organizacji udało się dla wielu ludzi znaleźć lokum w miastach i ujść z życiem, pozostawiając swój dobytek losowi. Któregoś dnia mówi mama do Korościeja, naszego sąsiada Ukraińca, bardzo dobrego człowieka: no Korościej, bierz to wszystko i opiekuj się tym jak tylko potrafisz, może jeszcze w życiu się spotkamy. Nie spotkali się. A my z mamą i pięcioro rodzeństwa, bez Zygmunta, który wcześniej został zabrany na roboty do Niemiec [patrz przyp. J.O. poniżej], udajemy się na stację na Podwysokie i do Stanisławowa. Jest zima 1943/44. Siedząc w przedziale chucham w szybę w kwiatkach ustrojona przez mróz, aby przez odtajaną dziurkę pożegnać rodzinne strony i udać się w nieznane. Ale to już inna historia.
 
Antoni Lach

Kamień Pomorski, sierpień 2010 r.
 
 Opis ten ukazał sie także w Kresowym Serwisie Informacyjnym: Pobierz plik PDF


 
Przyp. J. O.
 
O Zygmuncie wiemy bardzo mało. Gdy do domu Lachów przyszedł sołtys z niemieckim policjantem, najstarszy Michał uciekł przez kuchenne okno i ogród. Na roboty do Niemiec wzięto Zygmunta. Tam zastał go koniec wojny, po czym wyjechał do USA. Służył w lotnictwie (podobno latał w Korei). Nigdy do kraju nie wrócił, przyjeżdżała tu jedynie jego żona Genowefa. Miał syna i troje wnuków.