Udostępnij

 

Stanisławów i dalej

Tak jak o Zieleniowie, wspomnienia te piszę na prośbę siostrzeńca Janusza. Nie będą one również poparte dokumentami, bo ich po prostu nie mam, a byłem za młody abym mógł je mieć, tym bardziej, że w tym czasie byłem jeszcze „niepiśmienny”.

 
Stanisławów – inna historia, inny zupełnie świat. Jest zima 1943/44. Pociąg wjeżdża na stację i już na samym początku widok ogromnego dworca, mnogość ludzi robi szokujące wrażenie. Gdzie się udać ? Ale RGO działa [Rada Główna Opiekuńcza - przyp. J.O.]. Zjawia się przedstawiciel tej organizacji i prowadzi nas na miejsce zakwaterowania. Wprowadza nas w pomieszczenia znajdujące się przy ulicy Rynek 8. Jest to charakterystyczne miejsce, ponieważ mieści się ono przy ratuszu. Ratusz jest w ruinie. Razem z nami umieszczeni zostali stryj Ludwik, Orliccy, Koźliki i Hołoci – oczywiście z rodzinami.
 
Zimowe życie w mieście jakoś uleciało z pamięci, na pewno nie za bardzo przemieszczało się na zewnątrz, bo z odzieniem, a szczególnie z obuwiem nie było za dobrze, oj nie. Ale życie toczyło się naprzód i powolutku się stabilizowało. Dzięki pomocy RGO Matula otrzymała pracę, chyba w jakimś browarze, bo od czasu do czasu w domu pojawiało się piwo – och jak ono nam smakowało! Michał dostał zatrudnienie w szpitalu wojskowym. Z tego co zauważyłem i pamiętam, to zatrudnienie starszych pozwoliło na otrzymanie kartek zaopatrzeniowych, choć na nie w sklepie mięsnym można było dostać tylko kości, ścięgna itp. resztki. Bywałem po te zakupy z kimś starszym, a ścięgna nieraz ssałem i żułem, ale zjeść ich nie było sposób. Powoli zima się kończyła, przychodziły cieplejsze dni i życie nabierało żywszego tempa. Coraz częściej słychać było wieści o zbliżającym się froncie. Coraz też częściej były tego oznaki w postaci nalotów bombowych. Wiedzieliśmy już jak brzmią syreny alarmowe, jak długo i ile razy brzmią na alarm, a jak długo na odwołanie alarmu. Im bliżej wiosny i lata naloty stawały się coraz częstsze. Starsi mieli swoje problemy, bo musieli jakoś wiązać koniec z końcem, dać nam utrzymanie i opiekę.
 
Nad ludnością, a szczególnie tą, która znalazła schronienie w Stanisławowie czuć było opiekę RGO. RGO prowadziła ośrodki opiekuńcze, w których prowadzono działalność wychowawczą a nade wszystko socjalną. Wychowankowie tych ośrodków nazywanych powszechnie ochronkami, nie tylko otrzymywali żywność na miejscu, podczas zajęć, ale wyżywienie dostawało się i do domu, dla pozostałych domowników. Do ochronki chodziła nas czwórka – Miecio, Zosia, ja i Adaś. Jeśli chodzi o żywność, to nie wiem z czyjej poręki to było, ale dostawaliśmy jeszcze zupy z jednostki wojskowej węgierskiej – zwanej powszechnie Madziarami. Wiem, bo sam nieraz z banieczką po tę zupę chodziłem. Była to zupa naprawdę węgierska – paprykę i pieprz nie tylko było czuć ale i widać, oj piekło to piekło, ale jak smacznie ona znikała z talerza.
 
My, rozbitki przybyli ze wsi do miasta nie mieliśmy rozeznania i umiejętności poruszania się w mieście. Ale tu zadziałała solidarność ludzka i zaraz znaleźli się tacy, którzy nas tego życia miejskiego zaczęli uczyć. Nie pamiętam ani imienia ani nazwiska, ale był taki powszechnie nazywany „Batiar”, który tej sztuki nas uczył. Nie tylko uczył, ale i pomagał w codziennym życiu. Pamiętam, że zajmował się prądem i nieraz naprawiał nam światło, a wiadomo, że dla nas światło w tamtych czasach to było cho, cho, cho !
Punktem zbornym i miejscem gdzie przechodziliśmy takie szkolenie był ratusz, a właściwie to co z tego ratusz pozostało – ruiny. Ratusz był zburzony. W ruinach ratusza zbieraliśmy się na różnego rodzaju zbiórkach, zabawach, a Batiar szybko nauczył nas zabawy w wojnę, tj. strzelać przy pomocy karbidu z puszek i butelek. Skąd on ten arsenał zdobywał to pozostało jego tajemnicą. Ale uczniów miał pojętnych. Butelki to może się domyślam skąd miał. Na zapleczu jakby to można powiedzieć naszej kamienicy była wytwórnia lemoniady, no to wiadomo, że Batiar mógł to załatwić. Gorzej z karbidem i puszkami – tego nie mogę rozeznać. Przy okazji, w tej wytwórni lemoniady to wiele razy wystawaliśmy z Adasiem i łykali woń zapachów z tej produkcji – oj pachniało, pachniało, ale pić… nie, bo za co ?
 
Naloty bombowe coraz częstsze. W momencie nalotu wszyscy mieszkańcy mieli obowiązek zejścia do schronu. Schrony ? To zwykłe piwnice ze stęchłą słomą i robactwem. Jak mnie to robactwo opanowało to powiedziałem mamie, że więcej do tego schronu nie pójdę, niech mnie zabije na wierzchu i … nie poszedłem. Ale i stało się. Pewnej nocy jest wielki nalot. Wszyscy poszli do schronu, a ja tak jak powiedziałem – nie. Słychać jęk ciężkich samolotów, zaczynają wybuchać bomby, a ja ze strachu skulony, z głową pod naciągniętym kocem oczekuje najgorszego. W pewnym momencie następuje potężny huk, kamienica drży, szyby brzęczą, a ja oczekuje pod kocem przygniecenia. Trwa to chwilę, wybuchy cichną i myślę czemu mnie nie przygniata ? Przeżyłem.
 
W Stanisławowie przeżyłem dwa momenty, które mogły się skończyć dla mnie tragicznie. Jeden to z namowy i przy udziale Batiara, drugi to już samodzielny „bohaterski” pomysł. Dwa czy trzy dni po ostatnim nalocie Batiar mówi - Antek chodź, pójdziemy do getta. Jest ono puste, to może uda się cos znaleźć. Poszliśmy. On sobie tylko znanymi ścieżkami i dziurą w ogrodzeniu weszliśmy na teren getta. W tym czasie nie wiedziałem jeszcze co to słowo w ogóle znaczy. Nagle słyszymy „stój” a Batiar do mnie – Antek, uciekamy ! Zaczęliśmy biec do ogrodzenia a kiedy padły strzały to chyba dostaliśmy iście kosmicznego przyspieszenia i strachu, i nawet nie wiem jak znaleźliśmy się po drugiej stronie ogrodzenia. Ja miałem tylko skaleczoną jedną rękę, zaczepiając o kolczasty drut biegnący po ogrodzeniu. Zamiast iść do domu Batiar poprowadził mnie do kamienic, które jeszcze dymiły po ostatnim nalocie. Chodząc po tych kamienicach – były jak gdyby nie zamieszkałe – trafiliśmy na pomieszczenie pełne wiór stolarskich. W kącie pokoju stał piec kaflowy i Batiar mówi – popalimy sobie te wióry. No i do pieca te wióry wciskamy i podpalamy. A one jak zaklęte nie chcą się palić. No to ja zaczynam operację dmuchania, aby wreszcie te wióry zaczęły się palić. Dmucham i dmucham i… w pewnym momencie jak płomień buchnie z tego pieca to opalił mi włosy na głowie. Wracamy do domu. Ale ja boję się iść bezpośrednio do domu. Postanowiłem poczekać w ratuszu do wieczora. Ratusz wiadomo czym był dla nas. W każdym bądź razie dostałem po głowie cegłówką, a z rozciętej głowy dość obficie płynęła krew. Tak, teraz to już trzeba iść do domu – opalony, zakrwawiony, jednym susem skoczyłem do domu. Ratusz był tuż tuż. A w domu myślałem, że czeka mnie współczucie i litość, a tu spotkała mnie mała poprawka – położony przez kolano i słuchający przestróg popartych odpowiednim argumentem. To był ten pierwszy moment i ostatni z udziałem Batiara. Batiar jakoś znikł z naszego kręgu i po jakimś czasie dowiedzieliśmy się, że nie tylko nas wprowadzał w życie, ale w tym życiu przeszkadzał Niemcom. Szkoda.
 
Drugi moment to jak wspomniałem był moim osobistym pomysłem. Cóż, chłopak ze wsi mógł jeszcze nie wiedzieć. Byłem bardzo ciekaw co też się stanie z czymś po czym przejedzie samochód. Tak dumając wpadła mi pod rękę jak na zamówienie ryżowa szczotka do zamiatania. Szczotka i samochód i niewiele myśląc buch nią w samochód. No i jakiś przechodzień wziął mnie za ucho i włosy, i groźnie do mnie mówi – ty gówniarzu, czy wiesz co ty robisz – i jak mnie szarpnie i da kopniaka, a ja zdębiałem, nie wiem o co chodzi. Auto zatrzymuje się. Wychodzi trzech wojskowych i idą w moim kierunku. To ja nogi za pas, wbiegam do kamienicy i zamknąłem się w… ubikacji. Ubikacje znajdowały się na zewnątrz mieszkań, na każdym piętrze, tak jakby balkonach, krużgankach. Siedziałem tam do wieczora, nie wiem ile to trwało i że w tym czasie tam nikt nie chciał wejść. Miałem dużo szczęścia i rodzina. Po wyjściu jak oznajmił mi stryj Ludwik, Niemcy ustalili kto na nich czyhał i tylko udzielili przestrogi, że jak jeszcze raz to … ? Nie musze pisać jaka była argumentacja w domu. Należało się i wystarczyło. Już wiedziałem co będzie i więcej nic nie rzucałem.
 
Już przywykliśmy pomału do życia w wojennych warunkach. Starsi chłopcy jak Mietek, Czesio Orlicki nawet handlują papierosami, które nazywają się „Triumf”. Czasami i do tego procederu wciągają mnie, dają kilka sztuk do ręki i każą sprzedawać. Czasami się udaje.
 
Pomruki frontu coraz częstsze i bliższe. Rosjanie Nawet robią wypady do miasta, ale jak pamiętam takie dwa zdarzenia, to dla nich skończyło się źle. Nie wrócili do swoich. Wylecieli w powietrze na minach. Niemcy się wycofują. Obserwujemy kolumny Niemców, którzy przez dwa dni ciągną przez miasto – pieszo, na rowerach, auta, działa ciągnione przez konie i ciągniki, a gdy nadjeżdża kolumna czołgów, Adaś krzyczy – o, patrz ale auta z dyszlami ! Kolumny te ciągnęły obok naszej kamienicy.
 
W pewnym momencie pojawia się wieść, że RGO organizuje dla sierot i półsierot wyjazd do Krakowa na wypoczynek. Zapisy dokonywane są w ochronkach i innych punktach organizacyjnych. Matula decyduje się na zapisanie na ten wyjazd Zosi, Miecia i mnie. Zaczynają się przygotowania do wyjazdu. My organizujemy się w ochronie, a naszym opiekunem – konwojentem zostaje Pani Maria Januszko. Matula przed wyjazdem koniecznie chciała abym przyjął I Komunię świętą. W tym celu, w jakiś sposób załatwiła z księdzem tryb przyspieszony przygotowań, bo czas do wyjazdu naglił. Jaki ja byłem tym przejęty, a jak przeżywałem, kiedy sam jeden w asyście prowadzącego mnie księdza przyjmowałem I Komunię. A później poprowadził mnie na plebanię i tam zostałem poczęstowany chyba kakaem z mlekiem, białym pieczywem i wypiekami – cud ! Niebo w buzi. Zabieram obrazek i w uniesieniu do domu chyba fruwam.
 
No i przychodzi moment wyjazdu – mamy w woreczkach na szyi metryki urodzenia, na rękawach przyszyte kawałki płótna z wypisanym kopiowym ołówkiem nazwiskiem i imieniem. W wyznaczony dzień prowadzą nas na stację mama, Michaś i Adasiek. Pociąg stoi, pełno dzieci i odprowadzających, pociąg to chyba był specjalny bo tyle dzieci miało do niego wsiadać. Każą wsiadać a ja w krzyk i płacz – nie jadę, nie chcę! Złapałem mamę za spódnicę i płaczę, wręcz ryczę, że nie jadę. I nagle Michaś wręcz okrutnie odrywa mnie od mamy i ze słowami – ty gówniarzu będziesz tu fikał i niemal wrzucił mnie do wagonu. Usiadłem przy oknie ze łzami w oczach i patrzę na swoich, pociąg pomału rusza i wszystko powoli zostaje w tyle i znika, tylko wieże dość długo jeszcze są widoczne. I tak zaczyna się mój wyjazd na krótki wypoczynek – trwał 9 lat. W czasie jazdy musiał być jakiś incydent, bo gdzieś w drodze, w nocy opiekunowie zaczęli nas wzywać do kładzenia się na podłodze, kazali chować się pod ławki, ale właściwie to na tym się skończyło.
 
Wyjazd nasz wypadł albo w Zielone Świątki, albo pociąg musiał wjechać z innych powodów do Krakowa umajony, bo w czasie dnia pociąg się zatrzymuje gdzieś polu przy lasku i z polecenia opiekunów wychodzimy z wagonów i łamiemy gałęzie i stroimy pociąg. Tak ustrojonym pociągiem wjeżdżamy do Krakowa. Nie jest to dworzec główny, jest to jakiś inny dworzec, a my jak pamiętam mamy iść na Krzemionki. Tę nazwę bardzo dobrze zapamiętałem. Wysiadamy z pociągu. Opiekunowie formują kolumny i co się okazuje – jesteśmy witani przez masę Krakowian, idziemy ulicami pod górę na te Krzemionki wśród wiwatujących ludzi. Częstują nas cukierkami, ciastkami, dają jakieś drobne upominki. My tego nie możemy zrozumieć ale tak było.
 
Weszliśmy na teren przygotowany na przyjęcie gromady dzieci z opiekunami i zaczęło się organizowanie pobytu. Jak pamiętam, były to baraki pomalowane na żółtobrązowo. Trochę łóżek z siennikami i sienniki na ziemi. Szybko dzielą nas na grupy wiekowe. Kuchnia, jadalnia też w barakach. Wśród personelu widać sporo sióstr zakonnych. W jadalni nie wszyscy się na raz mieszczą i nie wszystkim starcza przyborów do jedzenia. I dobrze pamiętam rosnący bez, który szybko został ogołocony z rozwidlających się gałązek, z których były bardzo dobre widelce jak na nasze potrzeby. Pobyt na Krzemionkach, jak nas poinformowano, jest tylko przejściowy. Ponieważ jest przygotowywane dla nas miejsce i jak tylko to zostanie zakończone to tam zaraz jedziemy. Do tego czasu życie było organizowane przez personel różnie – jak to w tych warunkach mogło być. Prowadzili nas nieraz nad Wisłę. Pozwolono się kąpać i obserwowaliśmy drugi brzeg Wisły, gdzie widać było ludzi pracujących przy kamieniołomach, pchających wózki na szynach z urobkiem. Uczono nas grać w piłkę, szczególnie w tzw. dwa ognie. I tak czekaliśmy na przeprowadzkę na nowe miejsce pobytu. W międzyczasie sprawdzano zawartość woreczków z metryką na szyi i okazało się, że tego woreczka nie mam. Problem. Ani Miecio, ni Zosia, tym bardziej ja nie znamy mojej daty urodzenia. Zapisują bez dni rok 1933 i z tą datą trwam aż do 1948 r.
 
Przychodzi informacja, że jutro przyjeżdżają auta i wyjeżdżamy do nowego miejsca. Po śniadaniu zajeżdża kilka aut z ławkami, wsiadamy i w drogę. Jedziemy drogą wśród ściany skał, w dole rzeczka (Prądnik) i nagle podziw, przerażenie i ukazuje się przepiękny zamek z Maczugą Herkulesa. Jesteśmy w Pieskowej Skale. Zamek robi niesamowite wrażenie. Pełny tajemniczości, grozy a zarazem piękna. Auta podjeżdżają pod bramę zewnętrzną zamku. Zsiadamy z aut i w kolumnach prowadzą nas do wewnątrz zamku. Tutaj, na wewnętrznym dziedzińcu przerażenie. Na środku stoi jakiś lokomobil, który bucha ogniem i parą, nam każą się rozbierać do „Adama”, strzygą włosy, myją a ubrania do tej lokomobili – do odkażania i odwszenia – tak, tak! Dopiero po wyjęciu ubrań i ubraniu się wchodzimy na górę, do sal gdzie są łóżka i tu jesteśmy podzieleni na grupy. Zaczynamy życie w Domu Dziecka RGO w Pieskowej Skale.
 
Funkcję Dyrektor pełni Pani Jadwiga Klimaszewska, a wśród wychowawców jest Pani Maria Januszko, która jest z nami od Stanisławowa. Rozpiętość wiekowa dzieci wielka. Od zupełnych maluchów do już dorastających. Podzieleni zostajemy na grupy – maluchy wiadomo to „Maluchy”, nieco starsi – „Krasnale”, do nich przypisano mnie. Jeszcze starsi „Szerszenie”, a już grupa najstarsza „Orły” i „Sokoły” – przypisany Miecio. Dziewczyny przyjęły nazwy grup „Szarotki” i „Pszczółki”.
 
Zamek nie był przygotowany ani dostosowany do pełnienia roli domu dziecka. Ruina. Brak wody i kanalizacji. Ale poświęcenie personelu oraz zapał pierwszych wychowanków, a później i naszych grup pozwoliło uporządkować sporo pomieszczeń, tak aby można było ulokować wychowanków. Nasza grupa była drugą, która tu przyjechała, pierwsza była nieco przed nami. Źródłem zaopatrzenia w wodę była studnia z kołowrotem w rogu wewnętrznego dziedzińca, z której chłopcy musieli napełniać kociołki i nosić do kuchni, do sal do mycia, dla wszystkich innych potrzeb. Wodę noszono także z Prądnika, ale to już nosili starsi chłopcy. Sanitariaty urządzono za zewnętrzna bramą, w naszej gwarze nazywano je latrynami. Za oświetlenie pomieszczeń służyły świece oraz powszechnie królująca karbidówka.
 
Życie na zamku tętniło i kwitło. Uczono nas śpiewu, a szczególnie pieśni religijnych. Do dzisiaj brzmi w moich uszach i nucę ją – pieśń „Ojcze z niebios Boże Panie… tu na ziemię ześlij nam Twoje święte zmiłowanie, ześlij nam”. Na zamku była kaplica zamkowa i tu odprawiane były wszelkiego rodzaju religijne uroczystości. Jeśli chodzi o modlitwę to odmawiana była tzw. długa i śpiewana – jedna, dwie zwrotki pieśni dwa razy dziennie, tj. przed śniadaniem i po kolacji. A krótka modlitwa przed każdym innym i po posiłku.
 
Dzieci, szczególnie chłopcy odpowiedzialni byli za zaopatrzenie w wodę – wiadomo skąd. Praca w kuchni, obieranie ziemniaków, rozdawanie posiłków, mycie naczyń, sprzątanie w salach sypialnych i innych pomieszczeniach należało do obowiązków wychowanków. Szykowanie karbidówek to też pilne i ważne zajęcie. Tak duże pomieszczenia wymagały względnego oświetlenia. Ze skromnych wiadomości jakie do nas docierały wiedzieliśmy, że sytuacja aprowizacyjna nie była najlepsza. Dlatego wychowankowie chodzili do pracy w pobliskim gospodarstwie – folwarku, w zamian za produkty żywnościowe do zamku. Chodziliśmy do lasu zbierać jagody i grzyby, z czego robiono bieżące posiłki i produkty na zimę. Och jak smakowały kluski z jagodami. Paluszki lizać.
 
Mimo wielu trudności nie zapominano o patriotycznym wychowaniu. Uczono pieśni i jak pamiętam, urządzono dwie wycieczki. Jedna do Krakowa na Wawel – starsi wychowankowie. Druga do Ojcowa na piechotę, w której i ja uczestniczyłem. Przed wyjściem do Ojcowa były pewne przygotowania, szykowano prowiant, napoje, jako takie ubrania oraz nakrycia głowy zrobione z papieru. Nauczono nas te czapki zrobić. W takich czapkach, na tle zamku zrobiliśmy zdjęcie. Ja gdzieś tu stoję w tej czapce. To zdjęcie zdobyłem nieco później. Wspomnę o tym na końcu. Wycieczka trwała cały dzień. Wróciliśmy już wieczorem, okrutnie zmęczeni ale i zadowoleni. Zdjęcie załączam.
 
 
 
Z niektórymi dziećmi przyjechały matki. Matki stanowiły główny personel gospodarczy. Były kucharkami, pomocnikami oraz wykonywały nader ciężką pracę – były praczkami. Pralnie urządzone były w pomieszczeniach przy zewnętrznych bramach. Personel wychowawczy i lekarski, jak wiem – był zatrudniony przez RGO. Z pielęgniarką i lekarzem miałem bardzo szybko kontakt, bo do zamku przybyłem z dość pokaźnym strupem na brodzie a w niecały miesiąc potem zachorowałem na świnkę. Opieką nad wychowankami zajmował się personel, ale do pomocy, szczególnie przy maluchach służyły starsze wychowanki – ich rodzeństwo. Niektóre rodzeństwa były bardzo liczne, np. rodzeństwo Chmist – 10 osób.
 
Coraz częściej jednak dochodzą do nas wiadomości o trudnej sytuacji żywnościowej. I jednego dnia jest zarządzona zbiórka starszych wychowanków z kompletem rodzeństwa, w tym i my – Miecio, Zosia i ja. Na zewnętrznym dziedzińcu patrzymy – sporo furmanek, my ustawieni w dwuszeregu. Pani Dyrektor oznajmia nam, że z uwagi na trudną sytuację żywnościową część wychowanków musi być wysłana do gospodarzy, do sąsiednich wsi, aby poprawić sytuację pozostałych na zamku. Jest to sytuacja przejściowa, z chwilą poprawienia się sytuacji, zostaniecie sprowadzeni spowrotem. Rodzeństwa będą tylko w jednej wsi, nie będą rozdzielane. Oto stoją furmanki, które was zawiozą do miejsca przeznaczenia. Miejsca zajmować według listy wyczytywanych nazwisk. Życzę wam wszystkiego dobrego – głos jej się łamie.
 
Siadamy na wozy i przywożą nas do Przybysławic, 14 km od Krakowa. Wysadzają nas w środku wsi pod krzyżem. Jest nas piątka. My trójka oraz Mietek Lecyn i Leon Zgrych. Otaczają nas ludzie, coś pytają a my czekamy na swoich nowych opiekunów. Wśród otaczających nas ludzi szczególnie ruchliwa była panienka, która bardzo mile i grzecznie nachylała się nad każdym z nas. Po jakimś czasie ta panienka znikła i ktoś z nas zauważył, że ma cukierki w kieszeni. Okazało się, że te cukierki miał każdy z nas. Jakoś dziwnie skojarzyliśmy to z tą panienką. Wreszcie przychodzą nasi nowi opiekunowie. Zosię zabiera organista, Lecyn idzie do jednego gospodarza, Zgrych do drugiego, a my z Mieciem do następnego. Nazywa się Franciszek Kiszka i jest kowalem. Jakież było nasze zdziwienie gdy zobaczyliśmy uśmiechającą się do nas tą panienkę, która tak mile nas obchodziła pod krzyżem. Okazało się, że jest to córka lekarza z Krakowa, który wynajmuje u naszych gospodarzy pokój. Będziemy razem, będzie raźniej. Zaczynamy życie na nowo. Życie na wsi nie znosi próżni. Spanie urządzają nam w stodole. Rodzina Państwa Kiszków to właściwie dwoje starszych ludzi. Syn Mieczysław rzadko bywa w domu, jak mawia – ma swoje sprawy. Córka Maria, mężatka mieszka co prawda w tym samym domu ale ma swoja rodzinę. Praktycznie są Kiszkowie i my do gospodarzenia. Mietek starszy, bardziej przydatny w kuźni, to razem z kowalem kuje i dymie miechem. Ja obeznany z obejściem i rolą pastucha, głównie tę czynność. Co rano, skoro świt: Jontek ! stajaj, czas pyndzić… i tak w kółko. Nie powiem, że traktowali nas źle. To, że spaliśmy w stodole to na wsi norma, ale posiłki spożywaliśmy zawsze razem, to samo co gospodarze i bez żadnych grymasów. Oprócz pasania krów i prac w obejściu, raz w tygodniu, czasami dwa, razem z ich córką Marysią chodziliśmy do Krakowa z zaopatrzeniem - z mlekiem i chlebem. Ona bańkę w płachcie na plecach, ja chleb jak koło. Mieli jakąś rodzinę do zaopatrzenia, to i chodziliśmy a było do Krakowa 14 km. Tam i powrotem to dla mnie było dość – oj dość.
 
Chyba się dobrze sprawowałem, bo gospodarze sprawili mi nowe sandały. Okazały się one moim nieszczęściem. Jak to nowe buty, albo za małe albo za twarde. Obtarłem sobie palec u nogi i nie goił się a raczej rana się powiększa. Obejmuje coraz więcej miejsca. Puchnie stopa i łydka, w pachwinie gruczoł, boli, boli coraz mocniej, noga zmienia kolor. Nie mogę chodzić. Mietek wynosi mnie za potrzebą, gospodyni pociesza, że pan doktor jutro wraca, to się mną zajmie. Tych jutro było kilka, aż wreszcie pan doktor przyjechał. Obejrzał, coś dał i mówi – muszę do Krakowa, jutro wracam. Wrócił, noga spuchnięta za kolano, w różnych kolorach. Doktor przywiózł z Krakowa jakieś spore tabletki, pamiętam kwadratowe, białe i czerwone. Nie wiem po ile miałem ich połykać, ale po kilku dniach czuję się lepiej, ale zauważyłem, że sikam na czerwono. Krew ? Już mogę chodzić, więc biegnę do lekarza i mówię co widzę. A on tak jak stał wziął mnie do siebie i przytulił, poklepał po plecach, pogłaskał po głowie i mówi: chłopcze ty sikasz na czerwono ? To znaczy, że ty już jesteś mój. Dzisiaj wiem co to znaczyło. Niechaj dobry Bóg mu to wynagrodzi. Pomału dochodzę do siebie, życie wraca do normy.
 
Kończy się lato. Przychodzą chłodniejsze dni i ze spaniem przenoszą nas na strych. Na poduszki i pod pierzynę. Źle to dla nas się skończyło, choć Miecio chyba przesadził. Pewnej nocy Miecio mówi, że to on dużym paznokciem rozdarł pierzynę wzdłuż. Pierze z rozdartego wsypu – wiadomo co się stanie. Pierzyna była bez poszwy. Zgarnęliśmy to pierze do kupki, przykryli się jak mogli i czekali na reakcję. Mietek nie doczekał. Wielkiej reakcji nie było. Mietek z lęku poszedł do innego gospodarza, a w końcu wrócił na zamek. U kowala zostałem sam. Teraz ja przejąłem pracę w kuźni, głównie ciąganie miechem, ale i w takt rytmu też młotem musiałem stukać. Było ciężko ale wytrzymałem. Mijały dni w rytmie codziennych zajęć. Mańka była dobrą dziewczyną. Lubiła psoty i zabawy i wciągała mnie do tego. Był przypadek, że razem ze mną zrobiliśmy jej ojcu (mojemu gospodarzowi) psotę w postaci wybuchu puszki z karbidem, kiedy on jadł obiad. Oj gonił nas z siekierą i gdyby nie ona to by mnie chyba zabił. Skończyło się dobrze.

Nadeszła zima. Styczeń 1945 roku. Pomruki frontu coraz bliższe. Wyczuwa się pewne podniecenie. Syn gospodarzy Mietek należy do „Jędrusi”. Dość często wychodzi na akcje, automat przechowuje pod powałą na której śpię. Mam oczywiście nic nie widzieć. Gospodyni na noc nikomu nie pozwala się rozbierać, śpimy w ubraniach. Wieczorem słychać pomruki dział. Kładziemy się spać. Kiedy się budzę, słyszę jakiś szum, dziwne rozmowy. Schodzę na dół do izb a tu pełno Rosjan. Niemcy wyparci. Rosjanie poszli na Kraków. Ale moja gospodyni lamentuje, aczkolwiek szykuje wojskowym posiłek, bo na podwórku dwa działa. Rosjanie uspokajają, że nie będą strzelać, bo do dział potrzebują kowala. Coś tam przy nich zostało zrobione i Rosjanie po zjedzeniu posiłku zabrali swoje działa i pojechali dalej.
 
Zaczęło się nowe życie, choć na wsi cykl prac i obowiązków niewiele się zmienił. Od wczesnej wiosny od nowa „Jontek stajaj” i z krówkami i do kuźni. Ale życie w polskim już stylu zaczyna się odradzać. Zosia i ja zostajemy zapisani do szkoły. Szkoła jest w sąsiedniej wiosce, nazwa jej mi umknęła, nie pamiętam. Rozpoczynam od pierwszej klasy. Zaczynamy przygotowania do świętowania 3-go maja. Pamiętam robienie chorągiewek biało-czerwonych i uczenie się pieśni „ witaj maj, 3-ci maj” – oj jakie to było cudowne. Gospodarze traktują nas poprawnie, a że trzeba pracować to naturalne.
 
Odwiedzają nas opiekunowie z zamku. Do nas przychodzi Pani Januszko. Informuje gospodarzy aby pomału przygotowali nas do powrotu na zamek. Nadchodzą wakacje. Gospodarze moi sprawiają mi nowe odzienie i w określonym dniu odwożą do zamku. Pożegnaliśmy się w zgodzie a nawet popłakali. Zaczęły się powroty do zamku wszystkich wcześniej wysłanych. Na zamku przygotowania do wyjazdu całego Domu Dziecka w nowe miejsce. Od powracających zbierają informacje i notują czy chodzili do szkoły. Ja zaliczyłem I klasę ale w ewidencji daty urodzenia figuruję jako rocznik 1933. Dowiaduję się, że tu na zamku funkcjonowała szkoła. Mietek ukończył tu III klasę w roku szkolnym 1944/45.
 
Na stanowisku dyrektora nastąpiła zmiana. Dyrektorem jest Pani Zofia Toniszewska i pod jej kierownictwem szykowana jest cała przeprowadzka. Wyposażenie zakładu ładowane jest na różnego rodzaju podwody i jedzie do Olkusza, a tu do wagonów. Wychowankowie starsi tę drogę przemierzają pieszo. Ładujemy się do wagonów i w drogę, Jedziemy przez Śląsk, podziwiamy łuny z pieców hutniczych ale i morze ruin – śladów wojny. Następnego dnia pociąg zatrzymuje się na stacji kolejowej Czerniejewo. Jesteśmy niby na miejscu ale do miejsca zakwaterowania w pałacu jest 7 km. My tę drogę przemierzamy pieszo, a inwentarz już w jakiś zorganizowany sposób jest przewożony. Jesteśmy w nowym miejscu, w nowych warunkach. Już nie w ramach RGO ale „Państwowy Dom Dziecka w Czerniejewie”.
 
 

 
Piękny pałac, otoczony parkiem i rybnymi stawami. Pałac posiada wodę, kanalizację oraz elektryczność, którą dostarcza miejscowy tartak. Prąd dostarczany jest do miasteczka i pałacu w godzinach 6 – 22. Warunki nieporównywalne do tych w Pieskowej Skale. Pałac przed wojną był własnością rodziny Skórzewskich. Miasteczko Czerniejewo jest niewielkie. Jest szkoła powszechna, kościół i wszystkie urzędy gminne. Zaczyna się organizacja życia w domu dziecka. Organizacja grup wychowanków identyczna jak w Pieskowej Skale. Kończą się wakacje i zostajemy skierowani do szkoły. Część naszych opiekunów jest równocześnie nauczycielami. Ze względu na wiek zostaję zapisany od razu do klasy III.
 
Tak jak w Pieskowej Skale bierzemy udział w życiu wspólnoty. Sprzątaczek nie ma – robimy to sami. Pomagamy w kuchni, roznosimy posiłki i znosimy naczynia. Chodzimy do prac polowych do miejscowych PNZ - Państwowe Nieruchomości Ziemskie, poprzedniczki PGR-ów, dawna własność Skórzewskich. Chodzimy również do pracy do indywidualnych okolicznych gospodarzy, Wszystko po to aby PDD otrzymał za tę pracę określone dobra. Zbieraliśmy również zbiorowo runo leśne – grzyby i jagody na bieżącą konsumpcję i na zimowe przetwory. Podczas zbierania jagód natknęliśmy się na dwa składy materiałów wojskowych. No i zaczęło się. Przynosiliśmy wiele tych rzeczy do pałacu i urządzaliśmy wiwaty i zmartwienie dla dyrekcji i wychowawców. Do czasu. Pewnego dnia do naszego lekarza przywieźli właściwie fragmenty młodzieńca, który miał podmuchać ogień, bo długo pocisk nie wybuchał. Na czas oczekiwania na przewiezienie tego nieszczęśnika do Gniezna, kazano go nam oglądać. „Tak będzie z wami jak nie zaprzestaniecie” Poskutkowało. Ponadto arsenałem tym zajęła się milicja i wojsko.
 
Było o wiele lepiej aniżeli w Pieskowej Skale. Wojna skończona. Życie pomału się stabilizuje, ale wiele rzeczy brak. Tornistry do szkoły szyjemy sami z płótna z sienników. Zakup wiecznego pióra – rarytas, realizujemy zbierając kasztany i żołędzie. Ubrania, skarpetki, chusteczki obrabiamy i cerujemy sami. Uczą nas tej umiejętności. Dużą pomocą jest dla nas „UNRA”. Jest to organizacja w ramach ONZ, która organizuje pomoc dla krajów dotkniętych wojną. Otrzymujemy pomoc zbiorową i paczki indywidualne, z których wyjmowane są papierosy i używki. Chodzimy odziani i obuci w ubraniach z UNRY. W roku chyba 1947 (dokładnie nie pamiętam) przyjeżdżają przedstawiciele zagraniczni, chyba Amerykanie i proponują pewna operację. Kierownictwo zapoznaje nas z tym i zaczyna być to realizowane. Mamy napisać tak jakby list do nowej rodziny, podać czym się chce w życiu być, dotychczasowy życiorys i złączyć zdjęcie. Przybyły fotograf robi zdjęcia zbiorowe oraz indywidualne. Jeśli rodzeństwo jest liczniejsze (my trójka) zdjęcie robione jest tak aby je można było pociąć. Oszczędność. Tak skompletowane papiery zostały od nas odebrane do przesyłki. Zdjęcie załączam. Zdobyłem je o wiele później ale wyjaśnię to na końcu. Po jakimś czasie otrzymaliśmy wiadomość, że z misji tej nic nie będzie, bo Warszawa na to nie wyraziła zgody. Słusznie ?
 
 

Życie kwitnie. Zawiązują się przyjaźnie i sympatie. Niektóre przyjaźnie z przerwą trwają do dziś, a z sympatii znam jeden przypadek po latach skojarzonego małżeństwa Bronka z Helenką. W Czerniejewie była tylko jedna szkoła i to powszechna. Wychowankowie w Domu Dziecka przebywali do momentu ukończenia szkoły. Do szkół średnich kierowano już do innych domów, bądź do Domów Młodzieży. Na ich miejsce przybywały następne grupy – ciągłą rotacja. W roku 1947 odbywała się tzw. akcja wyrównywania roczników. Ja po ukończeniu IV klasy, jako że jestem w ewidencji jako starszy 1933 r. i wielu innych, poddani jesteśmy egzaminowi, po zdaniu którego zaliczani jesteśmy do klasy VI. W roku 1948 odnajduje nas mama. Mietek jedzie na święta wielkanocna i przywozi mi metrykę urodzenia. Jestem urodzony 8.06.1935 r. i chodzę do szkoły zgodnie z datą urodzenia. Od tej pory wszystkie ferie i wakacje spędzamy w domu. Dotychczas z pewną zazdrością patrzyliśmy na współkolegów jak ich bliscy się odnajdywali i odwiedzali ich bądź zabierali ze sobą, a my „a czemu do mnie nikt nie przyjeżdża” Oj bolało to bolało.
 
W Domu Dziecka stanowimy dobrze zorganizowaną społeczność. Wychowawców mamy rdzennych, tzn. tych, którzy przywieźli nas ze Stanisławowa. Tylko jest nowa Pani Dyrektor Zofia Toniszewska – dusza człowiek. W roku 1947 lub 48 przybyła na miejsce byłych spora grupa sybiraków. Były to dzieci z Wileńszczyzny, Nowogródka i w ogóle z tamtych stron. Przyjaźniłem się z jednym z nich - Kazimierz Rudzki i pamiętam jak spisywana była jakaś ewidencja i na pytanie czym zajmował się ojciec, zawsze odpowiadał – był artystą. Później, później nieraz myślałem czy to ten Rudzki? Był wśród nich biedaczysko Adaś, który miał amputowane odmrożone stopy i dłonie. Co z nim ? Z ta grupą przyjechała nowa wychowawczyni, ale nie zapisała się w pamięci wychowanków zbyt dobrze. Stanowiło to jednak pewne zatoczenie koła historii – symbol czasów. W niedługim czasie z zachodu przyjechał jej syn i objął funkcje wychowawcy. Pamiętam go dobrze, a nawet już w zawodowym życiu drogi nasze ponownie się zeszły.
 
Śpiew i jeszcze raz śpiew. Uczono nas dużo pieśni patriotycznych, tych przedwojennych i religijnych. Ćwiczyliśmy przeważnie na schodach przed pałacem. W niedziele, w kościele podczas mszy kościół należał do nas. Do kościoła chodziliśmy zbiorowo i w sposób zorganizowany, w kolumnach. Ale jak to bywa w takich zbiorowościach, były i negatywy. O amunicji już mówiłem – teraz papierosy. Różnych sposobów używano aby odwieść chłopców od palenia. Osobiście nie paliłem. Pamiętam jak Pani Toniszewska zebrała grupę palących i mówi – chłopcy będziecie teraz tu przy mnie palić dotąd aż sami przestaniecie. Położyła przed nimi papierosy – proszę palić. Po kilku wypalonych papierosach, któryś biegł do łazienki, aż pozostał jeden - Roman Popowicz, któremu palenie sama przerwała mówiąc dość – więcej ci nie pozwolę. Palił ale po latach zapłacił za to. Obserwowałem tę lekcję i byłem u niego na ostatniej posłudze.
 
Wiele innych młodzieńczych psot uskutecznialiśmy, wiadomo młodość, dzieci wychowane przez wojnę, ale wiele rzeczy zaczynaliśmy rozumieć. Jest rok 1948, w powietrzu czuć nowe. Zaczyna się wymiana personelu. Przychodzą nowi, chyba przygotowani. Mietek w 1948 roku kończy szkołę powszechną i rozpoczyna naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Gnieźnie, ale w Domu Dziecka jest już we Wschowie. Ja z Zosią rozpoczynamy ostatnią klasę szkoły powszechnej. Zmiany personelu ciągle są w toku. Pewnego razu po kolacji w jadalni oznajmiają nam, że Pani Dyrektor Toniszewska od dzisiaj już nie pełni tej funkcji. Przedstawiają nowego pana dyrektora. Żal gardło ściska, oczy pełne łez, co się dzieje ? Rozumiemy po latach. Warszawiacy, powstańcy, no to jak mogą wychowywać nowe pokolenie ?
 
 O przywiązaniu do pewnych zasad, wyniesionych z domu i wpajanych nam przez naszych opiekunów niech świadczy fakt, że kiedy nowy dyrektor po którejś kolacji zakomunikował nam, że od dzisiejszego dnia modlitwy nie będzie, to komendy nie było, ale jak jeden mąż wszyscy się podnieśli i „w imię Ojca i Syna… Ojcze nasz i Boże coś Polskę. Brzmi mi to do dziś.
 
Jest rok 1949. Koniec roku szkolnego, koniec szkoły powszechnej, koniec pobytu w Czerniejewie. Szkołę powszechną, kończę razem z dziećmi Pani Dyrektor Tobiszewskiej. Marek klęczy przy tablicy po prawej stronie, z lewej Stasio Wachowiak – dobry przyjaciel oraz Barbara po lewej u góry (oznaczona X) oraz ja, po lewej stronie u góry, na tle szyby. Jest to jedyne zdjęcie, które posiadam od początku – oryginał.
 

 
 
Zdaję egzamin do Liceum Ogólnokształcącego w Gnieźnie. Zostaję przyjęty i … wszystko się nam wali. Otóż nowy pan dyrektor wszystkich tych którzy odnaleźli swoich rodziców zwalnia z Domu Dziecka. Jestem już w takim wieku, że rozumiem co to znaczy nauka. Chcę ją kontynuować. Matka w Nowym Objezierzu tego nie zapewni. Co robić ? Za namową Pani Januszko piszę podanie do Kuratorium Oświaty w Poznaniu i udaje się do Zielonej Góry z kilkoma kolegami, którzy są w Domu Młodzieży. Otrzymuje pozytywna odpowiedź. Ostatecznie w roku 1953 kończę Technikum Handlowe i z nakazem pracy w ręku udaję się do Szczecina i tu zaczynam pracę w Szczecińskich Zakładach Materiałów Biurowych oraz rozpoczynam nową i końcową historię życia. Miecio i Zosia udaja się do Olsztyna. Otrzymują pomocną dłoń od Pani Januszko i rozpoczynają swoja historię. I tak kończy się nasz wyjazd na krótki wypoczynek w ramach RGO do Krakowa. Tak to pamiętam, i jak umiałem przedstawiłem. Może ktoś naniesie poprawki ?
 
Po latach. W roku 2000 zawiązała się grupa inicjatywna pod kierownictwem Andrzeja Jastrzębskiego i Bronisława Sudera oraz innych, i na prośbę Pani Dyrektor Jadwigi Klimaszewskiej zorganizowali zjazd wychowanków Domu Dziecka w Pieskowej Skale. Pani Klimaszewska aczkolwiek wiekowa, w świetnej formie umysłowej przybyła na ten zjazd. Co za spotkanie po tylu latach, co za wrażenia. Przy obiedzie, a później przy ognisku płyną wspomnienia i tu, my dorosłe stare konie dopiero otwieramy bardzo szeroko buzie i oczy i zaczynamy rozumieć, co ci ludzie, którzy podjęli się pracy w RGO aby ratować istoty ludzkie przeżyli i zrobili – to chyba jedyny Ten na Niebie wie i niechaj Bóg im za to niezliczone razy wynagrodzi. Na zjeździe tym otrzymaliśmy dwa dokumenty: „Dom Dziecka RGO w Pieskowej Skale” oraz „Warownia wołyńskich sierot” autorstwa Anny Szczuckiej. Pierwszy z nich pozwoli czytającemu dowiedzieć się co to była RGO, bo dzisiaj niewielu o tym wie. Drugi – jest to wywiad z Panią Klimaszewską, który jakby potwierdzi moje wypowiedzi. Oba te dokumenty muszą stanowić nieodłączną część moich wspomnień.
 
Pani Klimaszewska miała jeszcze wolę bycia na kolejnych zjazdach. Były jeszcze ich dwa. Jeden w Czerniejewie, a drugi znowu w Pieskowej Skale, na którym znowu była nasza Pani Dyrektor – Mama. Na zjazd przybyło wielu wychowanków, około 30 ale już z współmałżonkami, dziećmi a nawet wnukami. I tu na zjazdach wymienialiśmy swoje wspomnienia, poparte zdjęciami, kto je posiadał. Stąd posiadam zdjęcia, robiąc reprodukcje. Panią Dyrektor Klimaszewską pożegnaliśmy w Krakowie 22.10.2006 r. w wieku 96 lat. Pani Zofii Toniszewskiej nie miałem możliwości pożegnać, bo nie pamiętam roku, kiedy usłyszałem w radio, że „była to ostatnia lekcja języka rosyjskiego w opracowaniu Pani Zofii Toniszewskiej”.
 
Kiedyś bp. Chrapek powiedział: „Żyj tak abyś pozostawił po sobie ślad”. Ludzie z RGO ślad po sobie pozostawili. Ich śladami są istoty ludzkie wyrwane spod bomb, wideł, siekier i pożóg. Niechaj dobry Bóg niezliczone razy im za to wynagrodzi, a jeszcze żyjący nisko schylamy czoła i pokornie ugnijmy kolana w błagalnych prośbach za ich spokojne tam przebywanie.
 
 
Antoni Lach                                                  
Kamień Pomorski, czerwiec 2011 r.           

Ciekawa strona o Stanisławowie