Wspomnienia Józi Wszołek z domu Kiełbasa, córki Marysi Kiełbasy z domu Lach o rodzinie Lachów.

 

Dziadkowie Regina i Józef Lach zawarli związek małżeński w kościele parafialnym we wsi  Ujsoły koło Żywca. Tam posiadali gospodarstwo rolne. W Ujsołach urodziło im się troje dzieci: na pewno Janek i moja mama Marysia (ur. 1893 r.) i kto jeszcze tego nie wiem. Mama mówiła, że gdy była małym dzieckiem, dziadkowie sprzedali gospodarstwo w Ujsołach i wyjechali do Zieleniowa z trojgiem dzieci - było to przed 1900 r.  W Zieleniowie kupili ziemię. Dom w którym później mieszkała cała rodzina budował już dziadek Józef, który z zawodu był cieślą. W Zieleniowie urodziło się jeszcze troje dzieci. Najmłodszą z dzieci była Rozalia. Czyli dzieci dziadków to: Janek, Marysia, Ludwik, Hanka, Wojtek, Rozalka.

 

Dom pradziadka

 

 Domostwo Józefa i Reginy Lachów

 

Gdy Rozalka wyszła za mąż, dziadek Józef wybudował drugi dom na swojej ziemi blisko domu rodzinnego i w nim zamieszkała Rozalka z mężem Władysławem Workiem. Na tej samej ziemi rodzinnej, blisko domu rodzinnego i domu Rozalki wybudowany był Ludwik. Kto budował jego dom tego nie wiem. Wojtek natomiast ożenił się z Anielką i zamieszkał w domu Wilczków. Anielka była sierotą, w chwili wychodzenia za mąż miała 16 lat, więc Józef Lach podpisywał dokumenty zapewniające o opiece nad Anielą do jej pełnoletności. Janek Lach mieszkał w Litatynie ze swoją rodziną. Ciotka Hanka po wyjściu za mąż za Szeląga  zamieszkała w Mieczyszczowie. W domu dziadków Lachów, czyli na ojcowiźnie została moja mama Marysia, która dość późno, jak na tamte czasy (miała 27 lat) wyszła za mąż za Jana Kiełbasę. Dziadek Józef powiedział, że Marysia musi wszystkich wywianować i dopiero wtedy może wyjść za mąż.

Gospodarstwo dziadków Lachów oprócz pola ornego posiadało duży sad. Na owoce takie jak czereśnie, jabłka, gruszki i inne owoce przychodziły wszystkie wnuki. Mama moja była dużym oparciem dla swojego taty Józefa, znała się na uprawie pola, hodowli bydła, koni, uprawie sadu, dodatkowo była krawcową, dlatego jej rodzice Regina i Józef   zdecydowali, aby została w domu na gospodarstwie. Za mąż wyszła jako ostatnia z dzieci za Jana Kiełbasę, który też był dobrym gospodarzem. Mama mi opowiadała, że w niedzielę po Mszy św. rodzice robili dużo pierogów ruskich. Zarówno ser, jak i ziemniaki były wyprodukowane w gospodarstwie.  Pierogów robili bardzo dużo, które krasili cebulką usmażoną na maśle. W niedzielne popołudnie do domu rodzinnego przychodzili wszystkie dzieci i wnuki i objadali się pierogami.  Zawsze było bardzo radośnie i wesoło. Mój tato zmarł w styczniu 1941 roku. Aniela w tym czasie była już wdową. Moja mama i Aniela bardzo się wspierały, pomagały sobie wzajemnie.

Pewnego razu mama z Anielą pędziły bimber. Antoś obsługiwał aparaturę i był odpowiedzialny za produkt ostateczny, więc mieszał zacier i próbował jego moc. Produkt okazał się mocniejszy od Antosia. Antosia zmorzył sen, musiał odpocząć i nie dokończył produkcji. W pewnym momencie na wsi zrobiło się głośno, że napadli na wieś. Nasze mamy zdecydowały, że trzeba się ukryć. Kto żywy i nie śpiący szybko pobiegł na strych. Pytanie co zrobić z Antosiem? Zapadła decyzja, że Antosia należy wcisnąć pod łóżko. Antoś został wepchnięty pod łóżko, zastawiony koszykami i tam smacznie spał nie świadom zagrożenia. Na strychu ukryły się nasze mamy i wszystkie dzieci, oprócz Michasia i Andrzeja, no i Antosia znieczulonego i smacznie śpiącego pod łóżkiem. Andrzej z Michasiem w tym czasie byli na warcie. Siedzimy ukryci na strychu i w pewnym momencie słyszymy, że gdzieś coś huczy, zastanawiamy się co to może być, co się dzieje. Dach strychu pokryty jest słomą, więc Tadzio i Miecio wybijają w nim dziurę. Z dziury bije światło, nie wiemy co się dzieje, dopiero po chwili orientujemy się  że jasność to płomienie ognia pożerające zabudowania gospodarcze sąsiadów Golców i Żukowskich ( mieszkali w jednym budynku). My przed strachem, ewentualnego pożaru naszego domu uciekamy ze strychu. Strych miał dwa zejścia: jedno w końskiej stajni, a drugie w szopie, więc udało się bezpiecznie zejść i nie zakorkować schodów. Starsze dzieci zbiegły same, a mnie zniosła mama, a ciocia Aniela  Adasia. Po zejściu na dół stwierdziliśmy, że na naszym podwórku było dwóch jeźdźców na koniach. Jeźdźcy jednak nie weszli do domu, bo w tym czasie, kiedy już byli na naszym podwórku, we wsi zrobił się jakiś szum i oni odjechali. Byliśmy w strachu przed ewentualnym ich powrotem, dlatego też na pozostałą część nocy ukryliśmy się jeszcze w krzakach w sadzie. Zaczęło świtać, a my byliśmy jeszcze w sadzie, wyspany Antoś zorientował się, że w domu jest sam, wyszedł na zewnątrz i bardzo głośno krzyczał i płakał. Nasze mamy  zabrały z ogrodu wszystkie dzieci i wróciły z nami do domu, utulić płaczącego Antosia.  Byliśmy szczęśliwi, że nikomu nic się nie stało i wszyscy jesteśmy razem.

Pamiętam też, jak moja mama przygotowała węzełek z buraczkami ćwikłowymi i wysłała mnie z nimi  (miałam może 4,5 roku) do domu cioci Anieli. Nie pamiętam, jak szłam, ale pamiętam, że u cioci bawiłam się z dziećmi w potoczku. Za długo bawiłam się, nikt też nie pomyślał, aby mnie odesłać do domu, nastał już wieczór, więc położono mnie spać do łóżka z Zosią i Antosiem. W nocy obudziłam, zorientowałam się, że nie ma przy mnie mamy, więc zaczęłam bardzo płakać. Przeszkadzałam w śnie najbardziej Zosi i Antosiowi, lecz Zosia zamiast okazać mi złość to mnie tuliła i pocieszała.

Kilka nocy ukrywaliśmy się w piwnicy. Mieliśmy głęboką piwnicę, w niej ziemniaki i na tych ziemniakach siedzieliśmy całe noce. Do tej piwnicy przychodziły sąsiadki z dziećmi, ciocia Aniela z dziećmi. Mężczyźni tworzyli wartę i pilnowali bezpieczeństwa wsi. Do tej piwnicy przychodziła Pani Józefa Gryń z domu Graca z malutkim synkiem. Dziecko bardzo płakało, ludzie będący w piwnicy denerwowali się, że przez płacz dziecka zostaniemy wykryci. Po kilku nocach Pani Gryń wyjechała z mężem i synkiem do Lwowa. Jeszcze przez kilka nocy byliśmy w naszej piwnicy, ale jak zrobiło się bardziej niebezpiecznie to na noc chodziliśmy do miejscowości Podwysokie i tam na stacji kolejowej spędzaliśmy noc, a na dzień przychodziliśmy do domu. Jak zrobiło się bardzo niebezpiecznie to domy i całe wyposażenie wraz z bydłem zostawiliśmy w Zieleniowie,  a część jego mieszkańców  wyjechała do Stanisławowa, między innymi moja mama z nami i ciocia Aniela z dziećmi. Nie wiem kto opiekował się zwierzyną, najprawdopodobniej pozostali Zieleniowiacy i Ukraińcy.

 

Wspomnienia spisała Zofia Gadomska, Szczecin, 2015 r.